.. Wywiady

WYWIADY: rozmowa z Jackiem Orylem

Jacek Oryl

Z prezesem zarządu Muratora Expo JACKIEM ORYLEM nie tylko o targach książek

Andrzej Palacz: Pogrzebałem nieco w Internecie, próbując dowiedzieć się czegokolwiek o Tobie, i… mało co znalazłem. Same wywiady o organizowanych przez Muratora Expo targach. Z informacji bardziej prywatnych znalazłem tylko jedno – z wykształcenia jesteś… architektem.
Jacek Oryl: Absolwent Architektury na Politechnice Warszawskiej, rocznik 1992.

Teraz organizujesz targi, spotkania. Nie szkoda było zarzucić tak pięknego zawodu?
A kto powiedział, że go zarzuciłem? Mam pracownię architektoniczną, którą prowadzimy wspólnie z koleżanką ze studiów od bodajże 27 lat. Firma nazywa się Pracownia A.J. Projektujemy wnętrza, mniejsze i większe, jak choćby dla 5-gwiazdkowego Hotelu Bellotto w Pałacu Prymasowskim w Warszawie.

Czyli co? Siadasz za stół kreślarski i rzucasz tam, co ci do głowy wpadnie?
Tak, tylko że nie za stół, a do komputera. Głównie, niestety, nocami.

Jaką drogę trzeba pokonać, żeby od pracy ,,w architekturze” trafić na stanowisko szefa firmy organizującej targi?
Jeszcze podczas studiów ożeniłem się, urodził nam się syn. Tak więc oprócz nauki trzeba było myśleć, jak utrzymać rodzinę. Jak wielu moim kolegów, studentów w tamtych czasach, pracowałem za granicą imając się różnych prac w Anglii, Francji i Norwegii, będąc budowlańcem, ulicznym rysownikiem a nawet drwalem. Ale z rynku architektów wypadłem, tym bardziej że był to czas, w którym w Polsce budowało się jeszcze niewiele i niewiele było ambitnych, dużych zleceń dla architektów. Coś jednak trzeba było robić, uczyłem więc angielskiego w różnych szkołach, co oczywiście było działaniem ,,na przeczekanie”. W końcu postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce i wspólnie z koleżanką ze studiów założyliśmy pracownię architektoniczną. Tak powstała Pracownia A.J. Zaczęliśmy od zleceń wystawienniczych – projektowaliśmy stoiska na krajowe targi i wystawy, duże stoiska narodowe na targach w Mediolanie, Frankfurcie, Paryżu, otrzymywaliśmy nawet jakiś medale na Międzynarodowych Targów Poznańskich za najlepsze projekty stoisk. Teraz to głównie projektowanie wnętrz prywatnych domów i budynków użyteczności publicznej.

Znajdujesz na to czas?
Muszę. Robię to, co lubię. Niezależnie od mej pracy ,,etatowej” zawsze zajmowałem się projektowaniem – traktuję to jak hobby. Teraz, oczywiście, mój udział w pracy pracowni jest znacznie ograniczony, sprowadza się opracowywania koncepcji, czasem projektów scenograficznych wystaw oraz pomocy w rozwiązywaniu problemów.

Jak trafiłeś do Muratora?
Ponieważ zleceń nie było tak dużo, żeby utrzymać rodzinę gwarantując stałe przychody zacząłem rozglądać się za jakimś stałym zajęciem. Wydawnictwo Murator był dla mnie naturalnym miejscem – wydawało już wtedy „Muratora” i ,,Architekturę” więc praca w takim zespole była dla mnie w sam raz. Zajmowałem się tam różnymi sprawami: zbieraniem reklam, pisaniem recenzji książek itd. Widocznie sprawdziłem się na tym miejscu, skoro wkrótce zostałem szefem promocji i rozwoju całego wydawnictwa. Murator wówczas rozwijał się bardzo dynamicznie. W ciągu roku przybywało od 50 do 100 pracowników. Zajmowałem się np.: wprowadzeniem na rynek i formułą nowego, ekskluzywnego pisma ,,Dobre Wnętrze”, nagrywaliśmy budowlane filmy instruktażowe, realizowaliśmy ciekawe projekty z firmami budowlanymi, organizowaliśmy prestiżowe konkursy architektoniczne itd.
W pewnym momencie Murator zaczął organizować wystawy domów modelowych, stawianych w różnych technologiach. Były takie trzy wystawy, w tym na warszawskiej Białołęce i w Choszczówce. Oprócz samych domów stawialiśmy namioty, w których odbywały się targi materiałów i sprzętu budowlanego, wyposażenia domów. Te wystawy-targi cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, że w 2000 roku sprowadziłem z Belgii gigantyczną halę namiotową i na Wyścigach w Warszawie zorganizowaliśmy wielkie targi budowlane Muratora, potem targi łazienek i kuchni – przyszło na nie ponad 30 tysięcy ludzi. I tak się zaczęło – Murator stał się organizatorem targów. Naturalną koleją losu było wyodrębnienie ze względów organizacyjnych ze struktur wydawnictwa firmy, która zajmowałaby się wyłącznie tego typu działalnością. Tak też się stało, i w grudniu 2001 roku powstała spółka Murator Expo.

Tych targów organizujecie wiele.
Tak, ale są to targi, czy też wystawy, które są nam bliskie, odpowiadają naszym zainteresowaniom, pasjom. Budowlane przestały mieć sens – w Polsce pojawiły się przecież specjalistyczne supermarkety. Niektóre targi przetrwały do dziś, jak choćby targi mieszkaniowe, które organizujemy w różnych miastach – Gdańsku, Gdyni, Wrocławiu, Poznaniu, a w Warszawie aż cztery razy w roku. Pojawiły się nowe, jak choćby ,,Wiatr i Woda”.
Murator w pewnym momencie stał się właścicielem miesięcznika ,,Żagle” i wspólnie z redakcją doszliśmy do wniosku, że warto zorganizować wystawę produkcji polskiego przemysłu jachtowego, a trzeba pamiętać, że to produkcja zdecydowanie eksportowa. Targi początkowo nazywały się ,,Jachty Europy”, a później, w porozumieniu ze stoczniami zdecydowaliśmy, że kupimy imprezę o słabej kondycji, ale z dużymi tradycjami – ,,Wiatr i woda”, i wspólnie ją poprowadzimy. Stąd w tym roku świętowaliśmy już 30. ich edycję, choć sami organizujemy ją od lat 15.

W tym roku Śląskie Targi Książki w Katowicach sąsiadowały właśnie z tymi targami. I tu dochodzimy do ,,książki”. Skąd pomysł na organizowanie imprezy konkurencyjnej dla Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie.

Jestem warszawiakiem z dziada pradziada, stąd wizyta na MTK, a kiedyś głównie na kiermaszu przez Pałacem Kultury i Nauki, była dla mnie czymś naturalnym, czułem tam się w swoim żywiole. Moja mama jest polonistką, uczyła w liceum, stąd nasz dom pełen był i jest książek, w których się zaczytywałem. Tak że maj był dla mnie wyjątkowym świętem.
Robienie targów dla samych targów nigdy mnie nie pociągało. Szukam raczej wyzwania, czegoś co mnie fascynuje, pociąga, podobnie jak chyba większość osób z którymi mam przyjemność współpracować, A targi książki to dla mnie taka najwyższa półka targowa, prestiż.
Jednak nigdy wcześniej nie myślałem, żeby organizować takie targi do czasu kiedy w poszukiwaniu pracy trafiła do nas Terasa Wieczorek. Rozstała się z Ars Poloną, a my akurat szukaliśmy handlowca. Młoda duchem, energiczna, zrobiła dobre wrażenie na naszym zespole. Ruszaliśmy wówczas z wystawami dla młodej Polonii z ofertami mieszkań w budowanych nowych osiedlach. Ci ludzie zainteresowani byli kupnem mieszkań w Polsce, wystawy cieszyły się więc ogromnym zainteresowaniem; przeprowadziliśmy takie trzy w Dublinie i dwie w Londynie.
Teresa zajmowała się tym tematem, ale ponieważ utrzymywała nadal kontakty z osobami ze środowiska wydawców w krótkim czasie doszło do naszej współpracy z Oficyną Wydawniczą Uniwersytetu Warszawskiego przy organizacji targów ACADEMIA. Niedługo po tym, również za sprawą Teresy doszło do kontaktów z wydawcami i księgarzami i rozmów na temat do udziału w nowej imprezie. Poznałem przy tym wiele osób aktywnych w środowisku m.in. Tadeusza Górnego i Rafała Skąpskiego, którzy wkrótce stali się dla mnie nie tylko bliskimi współpracownikami ale również przyjaciółmi. Wynikiem tego była organizacja wrześniowego, w 2008 roku, Warszawskiego Salonu Książki w Bibliotece Uniwersyteckiej.
A potem wszystko potoczyło się lawinowo. Zaproponowałem wydawcom powołania spółki, która zajmować się miała organizowaniem własnych targów. Z Ars Poloną im się jakoś nie układało. Ale nie chcę w to wnikać. Sprawdzony model współpracy, kapitałowy i prawny, miał być identyczny jak w przypadku ,,Wiatru i Wody”. I udało się – w połowie maja tego roku ruszy dziewiąta już edycja Warszawskich Targów Książki. Z roku na rok przybywa wydawców, w tym gości zagranicznych. Rośnie liczba odwiedzających targi – w ubiegłym roku było to ponad 75 tys. osób.

Ars Polona, ówczesny organizator MTP w Warszawie, zarzuciła wam nieuczciwą konkurencję. Sprawa oparła się o sąd…
Wszystkie sprawy, a było ich kilka, przegrała w pierwszej instancji. Oczywiście złożyła odwołanie i niektóre toczą się do dziś. Ja również wygrałem sprawę z ,,Rzeczpospolitą” o zniesławienie, którego dopuścili się w artykule napisanym z inspiracji szefa Ars Polony i zostałem przeproszony. Sprawa o ochronę dóbr Muratora Expo, którą założyliśmy po serii artykułów z nieprawdziwymi informacjami na nasz temat cały czas się toczy ale na dniach zapadnie wyrok w sądzie pierwszej instancji. To już ostatnia, nierozstrzygnięta sprawa między nami. Zarzuty G. Guzowskiego zostały uznane za bezzasadne.

W Warszawie brakuje profesjonalnego centrum wystawienniczego. Wydaje się, że przeniesienie kilka lat temu targów książki z PKiN-u na Stadion Narodowy jest tylko doraźnym rozwiązaniem problemu.
Były próby wybudowania takiego centrum. Kilkanaście lat temu szefowa MT Polska pani Potęga próbowała przekonać wszystkich ówczesnych organizatorów targów do wybudowania go wspólnymi siłami na ul. Marsa. Propozycja nie spotkała się z większym zainteresowaniem, choć hala w tym miejscu powstała. Planowaliśmy, oczywiście, budowę własnej hali, powstały nawet jej koncepcje architektoniczne – to obok Torwaru, to przy Wale Miedzeszyńskim, ale jakoś nigdy do tego nie doszło.
Teraz brak własnej hali wydaje nam się pewnym plusem, atutem w stosunku do organizatorów będących jednocześnie operatorami hal wystawienniczych. Dzięki temu nie musimy zastanawiać się, jak maksymalnie ją wykorzystać, aby zarobiła na siebie. Możemy działać szerzej, w całej Polsce, wybierając ciekawe miejsca, które pasują do profilu danej imprezy, nawiązywać kontakty z miejscowymi władzami, a informacja, że organizujemy targi książki otwiera nam niejedne drzwi, i wspólnie z nimi działać. Tak stało się np. w Gdyni czy Szczecinie gdzie od kilku już lat organizujemy we współpracy z władzami miast plenery czytelnicze. Tu dodam, że przyjęta przez nas formuła tych plenerów tak się spodobała, że kilka miast zwróciło się do nas z propozycją zorganizowania ich u siebie. Ale o szczegółach jeszcze za wcześnie mówić.

Czyli co, możemy zapomnieć o profesjonalnym centrum wystawienniczym w stolicy?
Naturalnym miejscem dla takiego centrum, zresztą przewidywanego w jakiś planach, są błonia Stadionu Narodowego. Ale za tym stoją już decyzje polityczne – teren należy przecież nie do miasta, a do Skarbu Państwa.
Natomiast przy ulicy Modlińskiej, przy trasie Toruńskiej dobiega końca remont jednej z hal niegdysiejszego urzędu celnego. Elegancka, wysoka, o powierzchni 16 tys. m2 z profesjonalnym zapleczem konferencyjnym. Może tam?
Na razie zostaje nam PGE Narodowy, który jest bardzo wymagającym, trudnym i drogim obiektem dla organizatora targów. Umowy ze Stadionem i procedury stadionowe nastawione są na wielkie imprezy masowe – mecze i koncerty, a nie na taką jak nasza i trudno jest nam wywalczyć od nich odstępstwa. Z drugiej strony daje jednak niezwykłe możliwości organizacji wydarzeń towarzyszących i ich prezentacji – oczywiście w granicach naszych możliwości finansowych. Jego atutem jest również to, że jest znakomicie położony i skomunikowany i sam w sobie jest obiektem tak charakterystycznym, że przybywający do Warszawy na targi obcokrajowcy nie mają kłopotu z jego rozpoznaniem. Tak jak kiedyś Pałac Kultury. To olbrzymia zaleta bo dzięki niej w kontaktach z partnerami na targach zagranicznych już jesteśmy rozpoznawalni.

Jesteś też wydawcą.
Tak, w ramach Muratora Expo podlega mi magazyn ,,Żagle”, o których już była mowa. Ale to nie tylko pismo, to również potężny serwis na temat żeglarstwa z ponad 50 tys. użytkowników i 150 tys. wejść miesięcznie.
Wcześniej przez cztery lata byłem też wydawcą pisma ,,Podróże”, które kilka miesięcy temu, ze względu na zmiany własnościowe w naszym koncernie, a Murator Expo jest częścią ZPR Media, odeszło do innej grupy medialnej – ,,Time S.A.”.

Jaki jest nakład pisma?
Od wielu lat ok. 10 tys. egz. – jak na pismo branżowe to dużo. Przyznają to nawet nasi koledzy z podobnych pism zagranicznych, drukują je w nakładach do kilka tysięcy – nawet w Finlandii, gdzie na głowę mieszkańca przypadają ponad dwie łódki.

I znów pytanie – jak to wszystko łączysz? I targi, i projektowanie, i ,,Żagle”?
To wymaga dużego zaangażowania, a przede wszystkim intensywnej pracy. Organizujemy przecież w ciągu roku 25 imprez w całej Polsce. Na każdej z nich trzeba być, często przez cały czas. Do tego dochodzą wyjazdy zagraniczne, i to zarówno na imprezy targowe, w ramach rewanżu za udział innych firm w naszych targach, jak i na zjazdy organizacji do których należę, jak choćby Rady Dyrektorów Międzynarodowych Targów Książki. W tym roku planowane jest takie tygodniowe spotkanie w Goeteborgu.

Co na to rodzina?
Rodzina jest fantastyczna. Wyrozumiała. Choć żona pewnie by wolała, żebym był więcej w domu. Mam czwórkę dzieci. Dwóch dorosłych chłopców i 13-letnie bliźniaczki. Towarzystwo jest bardzo wyrośnięte – młodszy syn ma 2,05 cm, przerósł mnie już o głowę, starszy 1,97, dziewczynki wciąż rosną. Starszy syn właśnie się żeni, kupił mieszkanie, które ojciec teraz musi zaprojektować i nie śpi po nocach [śmiech]. Młodszy ma 21 lat i jeszcze z nami mieszka.

Udało ci się zarazić dzieci miłością do książek?
Dziewczynki do niedawna pochłaniały książki. Ostatnio jednak siedzą głównie z nosami utkwionymi w smartfony. I choć je im zabieramy, to jednak jest to bardzo silne medium i wabik, któremu trudno się oprzeć.

Podobno z czasem wraca się do książek.
Mam nadzieję. Ale z myślą o takiej właśnie młodzieży w tym roku na płycie Stadionu Narodowego przygotowujemy ogromną imprezę pt. Meet Point – wydarzenie poświęcone e-sportowi i youtuberom. W programie m.in. konkurs na najdokładniejsze odwzorowanie postaci z filmu, gry, czy książki za pomocą szczegółowo przygotowanego stroju oraz charakteryzacji, dalej turniej Counter Strike: Global Offensive, podczas którego zmierzą się najlepsze polskie drużyny, spotkania z youtuberami – zaprosiliśmy 18 sław.
Zapraszam więc wszystkich na majowe święto książki na Stadion Narodowy. Będzie jeszcze ciekawiej, niż w latach ubiegłych.

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz