Rynek wydawniczy

List właścicielki Księgarni Makama w Krapkowicach (dot. Ustawy o książce)

Na prośbę Polskiej Izby Książki opublikujemy list właścicielki Księgarni Makama w Krapkowicach, przesłanego 28 kwietnia br. do prezeski Soni Dragi. Autorka listu, pani Iwona Witkieiwcz-Geisler wyraziła zgodę na upublicznienie jej głosu w dyskusji o ustawie.

Szanowna Pani Prezes,

jako właścicielka rodzinnej księgarni, w małym powiatowym miasteczku na Opolszczyźnie, Ustawę popieram od dawna. Zwłaszcza w stałej cenie upatruję naszą szansę przetrwania, tym bardziej, że w obecnej chwili ważą się już nasze losy, bo jest coraz trudniej.

Chcę się krótko odnieść do listu otwartego, opublikowanego przez portal „Lubimy czytać”.
Pierwsza, ogólna uwaga jest taka, że większość sygnatariuszy to ludzie z dużych firm, reprezentujący ich interesy. Rynek książki widziany z perspektywy małomiasteczkowego księgarza wygląda zupełnie inaczej. Wstrząsną mną zwłaszcza akapit o tym, że nie jest konieczne utrzymanie małych księgarń z punktu widzenia interesu publicznego.
Pragnę zatem oświadczyć, że wszystkie argumenty o zapewnieniu dostępu do literatury dla szeroko rozumianego społeczeństwa, dzięki dostępności książek w handlu internetowym i świetnej informacji o nich, jest fałszywy.

Mimo, że wielu ludzi swobodnie posługuje się internetem, ma do niego dostęp, odczuwa też potrzebę i ma dostateczną wiedzę, by wyszukać i zakupić książkę w sieci, to jednak jest ogromny odsetek ludzi, którzy tego nie zrobią. Ci pierwsi to ludzie dobrze wykształceni, mieszkający przeważnie w dużych ośrodkach, obracający się w środowiskach kulturalno-naukowych. Natomiast wykluczeni, to ludzie z małych miasteczek i wsi, nie radzący sobie w samodzielnym wyborze literatury, mający ograniczony dostęp do internetu, lub nie posługujący się nim wcale. Ludzie, słabiej wykształceni, którzy nie odczuwają potrzeby poszukiwania nowości wydawniczych na własną rękę. To osoby, które chcą obdarować bliskich książką, bo uważają to za wartościowy prezent, ale nie mają pojęcia jak ją wybrać. To ludzie starsi, młodzież, dzieci, które nie przeszukują forów czytelniczych w poszukiwaniu rankingu najlepszych książek, nie jeżdżą do dużego miasta pooglądać nowości w salonie. W najlepszym wypadku sięgają po kolorowankę w markecie.
Wykluczone z tego rynku będą dzieci i młodzież, które wychowują się w takich właśnie małych ośrodkach i często książki znają tylko z biblioteki szkolnej, albo z kosza w markecie (byle jakim markecie, bo w takich miasteczkach nie ma galerii z EMPIK-iem!). A one i tak mają bardzo skromny dostęp do kultury, w stosunku do rówieśników z większych miast.

Mogłabym jeszcze długo wymieniać ludzi, którzy będą wykluczeni z rynku książki, jeśli zamkniemy księgarnię w Krapkowicach. To są nasi klienci. (Część z nich w konsekwencji będzie wykluczona również z czytelnictwa, choć tu pewną pozytywną rolę mogą odegrać biblioteki i szkoły). To są ludzie, którzy zwracają się do nas o radę, co kupić. To są ludzie, którzy idąc z dzieckiem z przedszkola mogą wstąpić do księgarni i wspólnie wybrać książkę. To są klienci, którzy wpadają na jednej nodze „proszę o coś fajnego, bo nie mam czasu wybierać”. To są starsze osoby, które już nie przestawią się na zakupy on-line.
Niestety, klientów w naszej księgarni obecnie jest za mało, aby mogła przetrwać, bo wielu ubyło w czasie pandemii. Ci wszyscy, którzy radzą sobie z zakupami internetowymi, wybierają najniższą cenę. Nasze 5%, 10% czy nawet 20% rabatu jaki możemy dać klientowi, jest niczym w porównaniu z tym co znajduje się w internecie. I dlatego za chwilę ci, którzy u nas nadal kupują, a nie zrobią zakupów książkowych w innej formie, staną się wykluczonymi z rynku książki. A takich prowincjonalnych miejsc w Polsce są setki.

I nie może być tak, że liczą się wyłącznie argumenty, jakimi posługują się internauci. Nie może być miarodajna jakakolwiek statystyka i cytaty z ankiet, takich jak ta z „Lubimy czytać”. Bo cóż one mówią? Wyrażają opinię tylko tych ludzi, którzy korzystają z internetu tak sprawnie i powszechnie, że kupują za jego pośrednictwem, wypowiadają się w nim, znajdują pole do dyskusji i komentowania, wczytują się w artykuły tematycznie związane z książką. Czy to są klienci mojej księgarni? Czy to jest pełne spektrum mieszkańców mojego miasteczka, mojego powiatu? Oczywiście, że nie.

To o czym napisałam, to tylko jeden wycinek problemu księgarń stacjonarnych. Księgarnie kameralne, tematyczne, wielkomiejskie, księgarnio-kluby, księgarnio-kawiarnie, to osobne tematy. Ich strata też odbije się w sposób katastrofalny na rynku książki, jego różnorodności, dostępności, promocji mniej znanych autorów. Ja poruszyłam temat, który mnie dotyczy dlatego, bo o księgarniach klimatycznych, kameralnych sporo się mówi i docenia (choć pomocy i szans przetrwania im również brakuje). Ale o sytuacji i znaczeniu małych księgarń na prowincji nie mówi się wcale. Te które jeszcze do czasu pandemii próbowały istnieć, teraz, po cichu, bez szumu medialnego zamykają się, znikają, przekształcają się w sklepy z zabawkami, albo przemysłowe. I nikt tego nie widzi, że warszawiak, albo wrocławianin, jak nie trafi do księgarni (a życzę księgarniom przetrwania z całego serca), jeszcze może wejść do galerii handlowej i wziąć do ręki książkę, a krapkowiczanin nawet tego nie ma.

Od dawna jestem przekonana, że jednolita cena może nam, czyli księgarniom stacjonarnym, pomóc. Lokalni klienci nie zadawaliby sobie tyle trudu, by wejść do naszej księgarni, poprzeglądać książki, po to tylko by wyjść i wyklikać zakup w internecie, po super cenie. A tak robią. Skoro już u nas książkę dla siebie znaleźli, to by ją przecież kupili – kosztowałaby tyle samo. Niestety siła argumentów innych niż cena to mit. Żadne rozdawane zakładki i papierowe torebki, ani artystyczne witryny, ani życzliwy uśmiech księgarki, tego nie przeważą. A ostatni stali klienci, którzy nadal do nas zaglądają i kupując podkreślają, że robią to z życzliwości, w końcu też się wykruszą.

W tym roku postanawiałam sobie, że nie będę brała udziału w dyskusjach o Ustawie. W księgarni zostaliśmy tylko z mężem, bez pracowników. Zajmuję się sprawami firmowymi codziennie, do późnych godzin nocnych i brak mi czasu na przepisywanie się z demagogiami internautów. A jednak zmobilizowałam się na Pani apel, aby przedstawić swój punkt widzenia, spojrzenie księgarki z prowincji. Może gdyby takich głosów było więcej…

Z wyrazami szacunku
Iwona Witkiewicz-Geisler

Księgarnia Makama s.c

Dodaj komentarz