Kiermasze książek Targi w Polsce

Przykro, że nie wszyscy grają do tej samej bramki – Jacek Oryl podsumowuje WTK 2021

Za nami Warszawskie Targi Książki, targi przeprowadzone ze względu na pandemię w nietypowym czasie i nietypowej, bo plenerowej, pod namiotami, formie. Wydawcy ocenili je na piątkę z plusem, a co sądzi ich organizator? – o to poprosiliśmy wiceprezesa Fundacji Historia i Kultura Jacka Oryla.



Jacek Oryl: to była zwariowana edycja WTK. Ale w opinii jej uczestników udało się nam znów trafić w dziesiątkę. Nie tylko przez omijanie limitów pandemicznych i innych ograniczeń, bo targi odbyły się w plenerze, ale i przez to, że to miejsce działa jak magnes na ludzi kochających książkę. Swoje też zrobił pewnie też wolny wstęp i łatwość dojazdu – miejsce pod Pałacem Kultury i Nauki to przecież skrzyżowanie wszystkich głównych dróg komunikacyjnych w Warszawie, obok mamy Dworzec Centralny…

Dla nas była to bardzo trudna impreza. Pracuję w tym biznesie od 20 lat, ale tak skomplikowanej organizacyjnie i logistycznie imprezy nie pamiętam. Jeszcze dwa miesiące temu nie mieliśmy pełnego spisu zainteresowanych targami wydawców. Wielu od razu przyjęła zaproszenie na udział w targach, część do końca nie zdecydowała się. Pojawili się natomiast jako zwiedzający. To przykre, bo wydawało by się, że targi to nie drobny handel książkami na straganie. Targi pełnią inną rolę. Zbierając się raz w roku w centrum Warszawy promujemy przecież książkę, literaturę i czytelnictwo. To wówczas wszystkie media trąbią, że jest taka impreza, że przychodzą na nią tysiące ludzi, że czytamy i powinniśmy czytać jeszcze więcej. To też okazja aby głośno powiedzieć o problemach branży. Znalazła się jednak grupa wydawców, która chyba tak nie uważa – okazało się, że dla nich ważniejsze jest ile się książek sprzeda i czy się opłaci. Co gorsza to najpoważniejsi wydawcy. Ci drobni odnieśli sukces, są wygrani.

To błędne myślenie. Przykro mi, ale nie dlatego, że napracowaliśmy się, a oni nie wzięli udziału w targach, tylko dlatego, że nie gramy do jednej bramki. I to nie chodzi o kwestie finansowe. Dla nas, jako fundacji, ważne było, żebyśmy przypadkiem nie zbankrutowali przy tym przedsięwzięciu. Nie było naszym celem zarobienie kokosów. Dowodem na to otwarta impreza i bezpłatny wstęp. Chcąc, aby ranga targów była licząca a wydarzenie bardziej zauważalne, jako środowisko wydawców przyjęliśmy Czechów właściwie z dobrodziejstwem inwentarza, bo przecież nie jesteśmy beneficjentem opłat, które Czesi wnieśli dwa lata temu przed bankructwem Muratora. W przeciwieństwie do innych graczy na rynku dla nas nie liczy się wynik finansowy, a idea.

Wielu wydawców uważa, że targi nie są już potrzebne, że doskonale sprzedają im się książki przez Internet. Zapominają jednak o czymś takim, jak marka firmy, którą buduje się przez lata. Takimi są np. Iskry i Czytelnik. Przecież Czytelnik jest małym wydawnictwem, ale wszyscy wiedzą, że to marka, doskonałe książki. Kto o to nie dba, niech się później nie dziwi, że wypada z rynku. Niektóre wydawnictwa działają tu krótkowzrocznie – to kwestia ludzi, którzy nimi kierują.

Wracając do targów. Dla nas była to rewolucja, podobnie jak ze Stadionem Narodowym. Zawsze pierwsza edycja obarczona jest ryzykiem błędów, które w następnych edycjach trzeba eliminować, korygować. Pierwszy rok jest straszny dla organizatorów. Tu musieliśmy np. przekonywać wydawców, że w namiotach można zorganizować duże stoiska. A są to wyjątkowe namioty – jak spod igły, czyściutkie, wytrzymują silne podmuchy wiatru itd. Małe namioty wielu znało z plenerów, wiec z tym nie było problemów.

Z pewnością targi były bardzo udane. Właściwie wszyscy jednym głosem mówią, że to miejsce się sprawdziło, że chcą tu być za rok. Być może będzie to możliwe z uwagi na fantastyczne relacje z władzami Warszawy. W tym roku miasto bardzo nam pomogło, miejsce na targi otrzymaliśmy po stosunkowo niższej cenie. Wszystkie okoliczne instytucje, operatorzy, którzy tu działają, bardzo przyjaźnie nas traktowali. Trzeba pamiętać, że ten teren należy do Pałacu Kultury i Nauki, częściowo do Teatru Studio i Teatru Dramatycznego. Jest też Bar Studio, właściwie kawiarnia, która świetnie się sprawdziła przy Scenie Głównej. Z każdą z tych instytucji mieliśmy doskonałe relacje i za to jestem im wdzięczny.

Z władzami stolicy zamierzam się spotykać, porozmawiać o przyszłości. Mam kilka propozycji, takich strategicznych dla WTK. Pojawiają się np. propozycje, na razie nie konkretne, aby np. organizowany przez nas Plener Literacki w Warszawie połączyć z Nagrodą Literacką miasta Warszawy, a targi niezmiennie związać z Nagrodą im. Kapuścińskiego.

Wydawcy chcieliby, aby impreza tego typu była powtarzana częściej, cyklicznie, aby nie był to jednorazowy epizod. Jeśli w przyszłym roku sytuacja znormalnieje będziemy mogli wykorzystać wnętrze pałacu, choć nie są to powierzchnie, które pomieszczą WTK w pełnej skali. Myślę, że moglibyśmy wykorzystać dół pałacu na spotkania, może dla stoiska gości honorowych, a wielki kiermasz książki z trzech stron PKiN-u. Jeszcze będzie przed budowanym Muzeum Sztuki Współczesnej. Jest więc rezerwa.

Może będziemy spotykać się tu częściej, a nie w Ogrodzie Saskim, czy w Łazienkach, gdzie planowałem Plener Literacki. Jest takie piękne miejsce w Łazienkach, naprzeciwko restauracji Belvedere z wygodnym dojazdem. Tam Plener mógłby być większy niż w Ogrodzie Saskim. O frekwencję nie obawiam się, bo w promocji wspiera nas miasto, a prezydent Rafał Trzaskowski obejmuje patronatem nasze imprezy literackie.

Na koniec dziękuję wydawcom za udział w targach i zapraszam za rok.


Komentarze “Przykro, że nie wszyscy grają do tej samej bramki – Jacek Oryl podsumowuje WTK 2021

Dodaj komentarz