Ludzie Polskiej Książki (LPK)

Jan Marcin Szancer – ambasador wyobraźni

Dwa dziurawe buty szły po podłodze,
W każdym bucie było po jednej nodze,
A na dwóch nogach ubranych w spodnie
Jan Marcin Szancer przechadzał się godnie.
To ten artysta, słynny ilustrator,
Znany od Amsterdamu aż po Ułan-Bator.

(…)

Tak Jan Brzechwa przedstawił Jana Marcina Szancera w Dziurawych butach, ale dlaczego ilustrator znany był akurat pod tymi szerokościami geograficznymi już nie wyjaśnia. Gwoli zakończenie myśli poety dodam, że buty były dziurawe, bo znęcał się nad nami piesek państwa Szancerów. O tych butach Brzechwa napisał w 1958 roku, czasie, w którym Szancer był już rozchwytywanym ilustratorem i wziętym scenografem, poważnym panem profesorem na warszawskiej ASP. Tytan pracy, choć postury mizernej i do tego okularnik. Ta mizerna postura i wada wzroku uratowały go w młodości przed starciem z bolszewikami – pewien kapitan z wojskowego obozu szkoleniowego w Rembertowie zlitował się nad cherlakiem i odesłał do domu, do Krakowa. Był to rok 1920, Szancer miał lat 18 i mało brakowało, a być może nie zachwycalibyśmy się dziś Pinokiem i panem Kleksem, postaciami stworzonymi w fantazji i ręką tego mistrza wyobraźni.

Jan Marcin Szancer pochodził z krakowskiej, żydowskiej rodziny. Malutkiego Jasia przez świat niósł w koszyczku bocian, a gdy przelatywali nad wieżami kościoła Mariackiego w grodzie Kraka, Jan krzyknął: Ach, jak tu pięknie i bocian upuścił koszyczek nad domem przy ulicy Szlak 53. Tak w każdym razie opowiadała dziecku jego matka.

Szancer od zawsze malował i rysował, od 1916 roku uczył się rysunku prywatnie i już wówczas próbował sił w ilustrowaniu książek – jedna z jego pierwszych prób w tym zakresie to praca szkolna na temat: „Jak sobie wyobrażasz zniszczenie Troi na podstawie Eneidy”. Narysował wówczas konia trojańskiego na tle płonącego Ilionu, a na pierwszym planie umieścił Menelausa witającego odzyskaną piękną Helenę. Po maturze rozpoczął z przerwami studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W międzyczasie odbył swoją pierwszą podróż zagraniczną – do Włoch, uczył się w szkole aktorskiej. Tu można dodać, że jego babka była niegdyś znaną wiedeńską aktorką. Krótko mówiąc, Jan Marcin szukał swego miejsca w życiu. Szukał też swego wyrazu w sztuce. Po powrocie na studia plastyczne, w pracowni Teodora Axentowicza, malował ogromne kartony o motywach religijnych. Powstało wówczas „Wskrzeszenie Łazarza”, za które dostał nagrodę uczelnianą, potem „Zburzeni Jerycha”. Nagroda, nagrodą, ale Karol Frycz, malarz, scenograf i reżyser teatralny, tak ocenił „Wskrzeszenie Łazarza”: ...rysuje [pan] rzeczy nikomu niepotrzebne. Ale musi to robić, bo taka już jest atmosfera tego malarycznego, zamglonego miasta (…) nie wolno zaniechać tych prób, które pana gdzieś zaprowadzą. Może tak jak mnie – do teatru.

Będzie pan ilustratorem – zawyrokował natomiast Xawery Dunikowski, pocieszając Szancera rozżalonego miernym sukcesem swej retrospektywnej wystawy, którą przygotował po powrocie z drugiego wyjazdu zagranicznego, tym razem do Paryża. W recenzjach dopatrywano się wpływów rożnych artystów, to go chwalono, to krytykowano. A za sobą miał już Szancer studia, kilka scenografii teatralnych i roczną pracę nauczyciela rysunku w dwu krakowskich szkołach. Ale wciąż to nie było to.

ilustracja Szancera na okładce świątecznego wydania „Kuriera Literacko Naukowego”

Z czegoś jednak trzeba żyć – Szancer zatrudnił się jako retuszer w koncernie prasowym „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” (IKC). Trudno tu jednak mówić o spełnianiu się artysty, wkrótce więc w niedzielnym dodatku IKC-u, „Kurierze Literacko Naukowym”, zaczął zamieszczać felietony z rysunkami. Na jakie tematy? Na różne. Choćby o parasolkach i wachlarzach – temat doskonały na upały. Na okładkach czasopism IKC-u pojawiły się jego prace. Szancer awansował nawet na stanowiska reportera w „Światowidzie” – tygodniku koncernu. Prześladował go jednak pech – popełnił karygodny błąd, myląc podpisy pod ilustracje – „Tokujący głuszec” mógł się znaleźć pod zdjęciem prezydenta Mościckiego z nowo poślubioną żoną. Wrócił więc na stanowisko retuszera. Wciąż też dorabiał jako scenograf – i znów pech. Projektując scenografię do „Królewny śnieżki” w teatrze Bagatela, zapomniał o trumnie dla tytułowej bohaterki. Naprędce więc zmajstrował rekwizyt, który rozpadł się podczas premiery, a biedna aktorka znalazła się na deskach scenicznych. Ryk śmiechu na sali jeden z bohaterów sztuki próbował zagłuszyć okrzykiem: Cóż za cudowne przebudzenie, ona żyje. Na nic to się jednak zdało i trzeba było przedstawienie przerwać.

Ilustracja w „Kurierze Literacko Naukowym” do artykułu „Wino i winiarstwo w dawnej Polsce”

Zniechęcony do wszystkiego Szancer, ale wzbogacony spadkiem po wujku, wziął urlop i wyjechał w świat. Portugalia, Hiszpania, Maroko, Włochy. Z tej ostatniej podróży wspominał: każda podróż do Włoch podniecała mnie jak stare, doskonałe wino, które rozjaśnia umysł i budzi fantazję. Po powrocie do kraju zdecydował się na radykalną zmianę – w Krakowie przestał widzieć miejsce dla siebie – i, ze stówką w kieszeni, wyjechał do Warszawy.

Tam pech w końcu go opuścił. Już drugiego dnia zdobył pierwsze zlecenie – w Teatrze Letnim siadł obok dyrektora Wydawnictw Książek Szkolnych, którego poznał we Lwowie, u swego wuja. Zamówienie dotyczyło zilustrowania podręcznika. W tym miejscu chciałoby się powiedzieć, że od tej chwili ruszyła wielka kariera Szancera jako ilustratora. Ale nic z tych rzeczy. Warszawa pełna była wówczas znakomitych grafików, rynek książki dziecięcej był zajęty, a tu pojawia się jeszcze jakiś krakus.

Szancer wymyślił więc, że zostanie autorem i spod jego pióra wyszła uwspółcześniona wersja Kopciuszka. Czary zastąpił tu grupą chłopców, którzy pomagają Kopciuszkowi w drodze do kariery. Tekst spodobał się Stanisławowi Arctowi, szefowi znakomitej wówczas oficyny wydawniczej i księgarni na Nowym świecie i w ten sposób Szancer zadebiutował na rynku księgarskim. Nie trzeba dodawać, że Jan Marcin sam zilustrował swoje dziełko.

J.M. Szancer podczas pierwszej wizyty u S. Arcta

Potem przyszła pora na współpracę z „Płomykiem”, a po jego zamknięciu z powodów politycznych z tygodnikiem „Gazetka Miki”, zaprojektowanie okładek do Pokoju na poddaszu Wandy Wasilewskiej i Domu na Skarpie Poli Gojawiczyńskiej, praca jako scenograf w teatrach, przy filmach.

W pierwszych dniach wojny Szancer trafił z grupą uchodźców do Lwowa, wkrótce wrócił do Warszawy. Pewnego dnia w kawiarni poznał uroczą kelnerkę w stylowym kostiumie – to Zofia Sykulska (ur. 1914), w latach 30. znana aktorka i piosenkarka, a w tym lokalu aktorzy w ten sposób zarabiali na chleb. Miłość od pierwszego wejrzenia i ślub. Rok później urodziła im się córeczka Małgosia. Gros wojny Szancer spędził ukrywając się przed Niemcami. Na rozkaz AK rysował propagandowe ulotki, w jego mieszkaniu był punkt kontaktowy. Punkt jednak został zdekonspirowany, a wszystkie osoby będące wówczas w mieszkaniu aresztowane. Szancera wśród nich nie było, ale w obawie przed aresztowaniem należało ukryć się. Schronienie znalazł m.in. w drukarni Arcta, który, korzystając z okazji, zlecił mu przygotowanie ilustracji do baśni O polskim Chrobotku Hanny Januszewskiej – książka miała być gotowa do wydania po wyzwoleniu. Pracował również dla innych wydawców. Malował legendę O syrenie warszawskiej Ewy Szelburg-Zarembiny, ludową baśń o Śpiących rycerzach. Podczas powstania wraz z żoną przygotowali broszurę „życie ulicy” – ona pisała tekst, on szkicował bieżące wydarzenia.

Ostatnie dni powstania spędzili u kuzyna, na ulicy Poznańskiej. Na dom, w którym w międzyczasie zamieszkali, spadły bomby. Moje szkice, portrety przyjaciół, młodzieńcze rysunki jeszcze z Akademii i książki, które kochałem, spłonęły w ogromnym pożarze, które ogarniał miasto – zanotował po latach artysta. W dniu kapitulacji Szancerom udało się wymknąć z Warszawy. Schronienie znaleźli w Krakowie, u matki Jana Marcina. Ale to nie było jeszcze zakończenie ich wojennych „przygód”. Jako warszawiak Szancer został aresztowany i z tłumem innych ludzi wysłany w nieznane w zaplombowanym wagonie. Pociąg zatrzymał się Makowie Podhalańskim, gdzie miano kopać okopy. Tam przyszło wyzwolenie.

Po powrocie do Krakowa Szancer znalazł pracę w nowo powstałym wydawnictwie „Czytelnik”, potem wraz z jego działem książki wylądował w łodzi. Gdy zapadła decyzja o wydawaniu czasopisma dla dzieci, wraz z Ewą Szelburg-Zarembiną, Hanną Januszewską i Wandą Grodzieńską wymyślił dla tego pisma tytuł – ,,Świerszczyk”. Pierwszy numer pisma, ze wspaniałą ilustracją świerszcza grającego na skrzypkach na tle Gdańska, ukazał się 1 maja 1945, a tydzień później Niemcy podpisały akt bezwarunkowej kapitulacji.

Życie powoli wracało w swe nurty. Szancer miał coraz więcej pracy – dla „Czytelnika” wykonał ilustracje do Akademii Pana Kleksa, powieści dla dzieci Jana Brzechwy, z którym bardzo się zaprzyjaźnił podczas wojny. Prace powstawały w Hotelu Grand, gdzie artystę zakwaterowano. Postać Pana Kleksa przypominała słynnego przedwojennego gawędziarza i tuza śmietanki towarzyskiej stolicy Franca Fischera. Ale już postać dyrektora teatru lalek z Pinokia, książki, którą zilustrował kilka lat później, to wypisz, wymaluj Fischer.

Ilustracja do Pana Kleksa J. Brzechwy

Po rozstaniu z „Czytelnikiem” Szancer pracował przez chwilę w „Głosie Robotniczym”, gdzie nie tylko zamieszczał swe ilustracje, ale też recenzje teatralne. Założył też czasopismo dla młodzieży „Przygoda”, w którym ukazała się dalsza część przygód pana Kleksa (Podróże pana Kleksa). Pracował też dla łódzkiego Instytutu Wydawniczego.

Państwo Szancerowie doczekali się w końcu prawdziwego locum ‒ otrzymali trzypokojowe mieszkanie przy ul. Jaracza. Nie miało co prawda mebli, ale za zaliczkę za Pali się J. Brzechwy udało im się jakoś zagospodarować i od tej chwili zaczęli wieść bogate życie towarzyskie.

Do Warszawy Szancer wrócił w 1946 roku. Bez trudu znalazł zatrudnienie w Państwowym Instytucie Wydawniczym (PIW), który zajął ocalały jakimś cudem budynek przy ul. Foksal. Zamieszkał w pokoju redakcyjnym, później, gdy otrzymał mieszkanie, sprowadził z łodzi rodzinę.

W Warszawie Szancer związał się też z „Książką i Wiedzą”. Później wspominał, że to zaważyło może nawet na całokształcie mojej pracy graficznej. Dla KiW-u powstały wspaniałe ilustracje do Baśni Andersena, zmieniane w miarę kolejnych wydań, uzupełniane, wzbogacane. I tak zilustrował Bajki Krasickiego (nakład 300 tys. egz.!), Satyry tegoż poety, Księgi papugi. Baśnie perskie Wandy Markowskiej i Anny Milskiej, niezapomnianego Pinokia Carlo Collodiego, Dziadka do orzechów Ernsta T.A. Hoffmana, Konika garbuska Piotra Jerszowa ‒ książki, które weszły do kanonu polskich publikacji dla dzieci.

O pracach nad ilustracjami tak wspominał po latach: Wszystkie moje książki powstawały (…) w szczególnej atmosferze mojego domu (…) Cała rodzina, żona i córeczka, pozuje kolejno do najdziwniejszych postaci, z braku męskiego modela zapozowała mi raz moja żona do zamaszystego szlachcica w Satyrach Krasickiego. Do tego kręgu postaci z bajki włączyłem oczywiście i nasze zwierzęta.

Ilustracja do Pinokia Carlo Collodiego

Oprócz pracy nad ilustracjami zajmowała Szancera też działalność społeczna ‒ nieoczekiwanie dla siebie został wybrany prezesem Związku Plastyków w Okręgu Warszawskim. Podejrzewał, że wpływ na to miał jego konflikt z propagatorami socrealizmu: Uznano, że warsztat kolorystów nie bardzo nadawał się do wdrażania rewolucyjnych treści ‒ tak ocenił zdanie swych adwersarzy w zakresie sztuki. Potem został sekretarzem generalnym Zarządu Głównego ZPAP, co wymagało pracy biurokratycznej, związane było z udziałem na wszelkiego typu naradach, otwieraniem wystaw. Ale też łączyło się z wyjazdami zagranicznymi ‒ do Berlina, do Moskwy. W 1951 roku otrzymał Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla dzieci, rok później uhonorowano go Nagrodą Państwową za całokształt twórczości. Od 1951 roku prowadził na warszawskiej ASP Pracownię Książki i Ilustracji.

Pasmo sukcesów zostało brutalnie przerwane na jednym z zebrań ZPAP ‒ padły wówczas pod jego adresem zarzuty dotyczące jego postępowania i sukcesów ostatnich lat. Zebranie Szancer opuścił i nigdy już do Związka nie wrócił. Od tego czasu w pełni poświecił się pracy ze studentami.

Szancer był człowiekiem niezwykle czynnym. Pochłaniała go nie tylko praca z książką. Swoją przygodę miał z filmem, i to nie tylko projektując kostiumy (np. do Awantury o Basię i Panienkę z okienka w reżyserii Marii Kaniewskiej), jako scenarzysta i scenograf, a nawet czynnie ‒ zagrał w epizodzie w filmie Antoniego Bodziewicza Za wami pójdą inni. Gdy zgodnie ze scenariuszem ciągnął jakąś trumnę, usłyszał złośliwy śmiech ‒ to Brzechwa z Zarubą (ceniony karykaturzysta) specjalnie przyszli na plan, aby ocenić aktorski popis kolegi. W sumie wziął udział w realizacji 10 filmów fabularnych, dokumentalnych i animowanych. Pochłonęła go też telewizja, która przecież dopiero raczkowała. Oficjalnie był kierownikiem redakcji Doświadczalnego Ośrodka Telewizyjnego, a praktycznie szefem artystycznym pierwszych czterech lat Teatru Telewizji, którego podwaliny zakładał. Miłością darzył teatr, dla którego przez całe życie projektował scenografie, dla Polskiego Teatru Tańca ‒ grupy baletowej założonej przez Eugeniusza Paplińskiego, znanego tancerza i choreografa ‒ zaprojektował kostiumy do pierwszego programu składającego się między innymi z tańców zbójnickich i Wesela w Ojcowie.

W działalności wydawniczej wykazywał się niezwykłą inwencją. W pewnym okresie swego życia próbował namówić wydawców do ilustrowania książek dla dorosłych. W ramach PIW-u próbował stworzyć bibliotekę klasyków, wykonując rysunki do komedii Aleksandra Fredry, dramatów Słowackiego. Zilustrował Trylogię H. Sienkiewicza. Namówił wydawnictwo Ruch do publikowania małych i tanich książeczek obrazkowych ze znikomą ilością tekstów (do pracy przy tych publikacjach przyciągnął studentów, łącząc w ten sposób swą działalność dydaktyczną z praktyką zawodową przyszłych artystów). Zainicjował wydawanie kart pocztowych z ilustracjami do książek dla dorosłych ‒ tu m.in. zamieścił ilustracje do Tristana i Izoldy oraz Pana Tadeusza ‒ przepiękny cykl 12 plansz do dwunastu ksiąg dzieła wieszcza, prac, które po dziś stanowią niepokonany wzór baśniowego ujęcia postaci i otoczenia. Karty pocztowe pełne ilustracji Było to właściwie jakieś niezwykłe zjawisko bez precedensu w żadnym ze znanych mi krajów (…) postawiliśmy przed sobą zadanie podnoszenia gustów i zamiłowań odbiorców… ‒ pisał Jan Marcin. Tu należy dodać, że Szancer był w tym czasie doradcą artystycznym, a potem członkiem Rady Artystycznej wydawnictwa Ruch.

Ilustracja do Kolęd w oprac. Z. Kozuba

W sumie spod ręki Szancera wyszło ponad 300 książek, a poznać je można było po charakterystycznym rysunku mistrza, ale też po sygnaturze „jms.” Ta pojawiła się po raz pierwszy w 1944 w książce Koziołeczek.

W 1968 roku do zbioru nadawanych mu odznaczeń doszedł Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Rok później przeszedł na emeryturę, ale nadal tworzył. Ostatnią jego pracą była scenografia do baletu Pan Twardowski w Teatrze Wielkim w Warszawie. Zmarł 21 marca 1973 roku w wieku 71 lat.

Dziś pamięć o nim zachowują jego studenci, choć wielu z nich też już nie żyje, jak choćby Bohdan Butenko i Andrzej Heidrich, którzy odeszli w 2019 roku, czy też Janusz Stanny (zmarł w 2005 roku). Jego imię noszą trzy szkoły w Polsce: Szkoła Podstawowa nr 24 w Częstochowie przy ulicy Bronisława Hubermana 7, Szkoła Podstawowa nr 342 w Warszawie przy ulicy Strumykowej 21a i Szkoła Podstawowa nr 285 w Warszawie przy ulicy Turmonckiej 20. Imieniem Szancera nazwano również ulicę w łodzi w dzielnicy Widzew, w Warszawie. Najważniejsze są jednak jego książki, które z pietyzmem wydaje od lat poznańskie wydawnictwo G&P.

(ap wg opracowania Błażeja Kusztelskiego w albumie Jan Marcin Szancer ambasador wyobraźni, Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań 2019; wszystkie ilustracje do artykułu zostały zamieszczone za zgodą wydawcy.)

Zamów album w naszej księgarni

Komentarze “Jan Marcin Szancer – ambasador wyobraźni

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *